IMPREZA POŻEGNALNA, na którą przybyli wszyscy, którzy mnie znają i kochają ;) a takich nie mało :D Impreza oczywiście niespodziewana i zapewne niezapomniana :)
PAKOWANIE
Sobota
Moja Rodzicielka: pakuj się, proszę, pakuj się, jesteś jeszcze w lesie.
Ja: no wieeeeem, ale Mamo wszystko się zrobi, wszystko będzie na czas :D
Niedziela
Mama: pakuj się cholera, bo zapomnisz połowy rzeczy i tyle z tego będzie! Zrób choć raz coś na spokojnie.
Ja: ale Mamo, jest jeszcze przecież kupę czasu, no!
Poniedziałek do południa – godzina w korkach jadąc do Katowic, godzina w korkach jadąc z Katowic, dwie godziny spędzone w samych Katowicach – cztery godziny wyjęte z życiorysu :] a ja przecież MUSZĘ się pakować! No dobra, ciuchy zostały okiełznane ciut wcześniej, buty mniej więcej też… ale cała reszta?! No cholera jasna, gdzie kosmetyki, garnki, talerze, miski, makarony i inne polskie produkty wiezione do Dojczlandów. Heh… zaczęłam koło 16… przecież to KUPA czasu :] w między czasie wpadła K. z Sz. się pożegnać, oczywiście K. była przekonana, że nie wyjeżdżam w poniedziałek, a w środę :D później Ł. przejechał 30 km w jedną stronę tylko po to, żeby zapalić ze mną ostatniego papierosa w samochodzie i B., która oczywiście ratowała moje komputery od samo destrukcji.
i wcale nie zabrałam zyliona rzeczy:


wcale też nie zapomniałam zyliona rzeczy :D
Godzina 21sza; Marcin… my zaaaraz wyjeżdżamy, zaraz po Ciebie będziemy :] i znowu onienienie, WCALE się nie spóźniamy. Ale w końcu, w końcu wyjechaliśmy.
Kto by pomyślał, ze w Polsce takie ładne drogi? No była w szoku, na Wrocław, genialnie, później do granicy – jeszcze lepiej - pomijając fakt, że po drodze nie ma ani jakiejś ludzkiej stacji benzynowej. Może to jakaś przygraniczna propaganda? W każdym razie trza było zboczyć jakieś 3 km z trasy, co by dolać trochę do baku, bo przecież w Rajchu drogo :D. Ale przemiła pani z dżipiesa nas prowadziła dzielne do celu.
Po przekroczeniu granicy (swoją drogą przespałam ten zaszczytny moment) w zasadzie nie poczułam różnicy w jakości dróg, polskie (przynajmniej ten kawałek, którym było nam dane jechać) nie ustępują niemieckim. A tankszteli jak nie było, tak nie ma :)
Po przejechaniu – bagatela – kolo 600 km samych Dojczlandów, znaleźliśmy się jakieś 80 m od granicy holenderskiej - w przeuroczym miasteczku Munster (Pol. Monastyr, 280000 mieszkańców (chyba, o ile zer nie pomyliłam), mnóstwo rowerów, autobusy, które jeżdżą wszędzie i co chwilę… bajka (ale o tym później).
Pierwsze wrażenie? Chyba nikt nie chce wiedzieć.
Pkt. 1 ODEBRAĆ KLUCZE DO POKOJU
Entschuldigung sie bitte… no dobra, jakiś przemiły Pan przylazł, w zasadzie bez pytania wydał klucze, przydział pościeli, wskazał skrzynkę pocztową i polazł. Także tego.
Pkt. 2 POKÓJ
Omatkoniebędęryczećiniemamwcaleeeeklaustrofobii… no podobno tak wyglądają pokoje akademikach, aleeee… ja chyba żyłam do tej pory w błogiej nieświadomości, ze pokój będzie przestronny, wieeeelki, przytulny, z balkonem i w ogóle wszystkim! No… ale wieszaki na ubrania chyba być powinny, co?
Ale po kolejnym wyjściu i wejściu, pokój wydawał się coraz bardziej przytulny, a teraz, kiedy leżę sobie w wygodnym łóżku już wszystko jest genialne.
Pkt. 3 INTERNEEEET
Ja: Marcin, dostaliśmy mejla z Dojczlandow, że coś z Internetem tam, no…
Marcin: niieeee, to jakies dodatkowe opcje są.
Ja: ale my tam będziemy mieć Internet, taaaak?
Marcin: oczywiście, noo!
Więc (wiem, ze nie zaczyna się zdania od więc) INTERNETU NIE MIELIŚMY PRZEZ PIERWSZE DWA TYGDNIE! Miesięczny abonament – 22 ojro, no nie ma tragedii, aleeeeee:
Oplata aktywacyjna – 39.90 ojro
RUTER (tak, ruter, nie modem) – 52 ojro (swoją drogą byliśmy przekonani, że 25, ech te niemieckie liczebniki :D)
Miesięczny abonament 22 ojro.
No ok, wszystko byłoby super, gdyby nie to, ze to KUPA kasy! No cholera jasna, my w końcu sind arme studenten aus Polen :]
Zatem odwyk, pełen odwyk od Internetu był, papierochów (5 ojro za paczkę, onienienie, dziękuję :] dziś wypaliłam ostatnią, więc jutro bez kija prsze nie podchdzić), niedzielnych obiadków mamusi, zakupów z B., od samochodu (TAK, ja wszędzie łażę piechotą, zamierzamy nabyć drogą kupna rowery, a komunikacja miejska jest tu idealnie przemyślana – swoją drogą niemiecka
Swoją drogą to jest niesamowite.
Po pierwsze PRIMO - nie zdarzyło mi się stać w autobusie! Nigdy, never!! To jest nieprawdopodobne, co nas spotkało. Siedzimy sobie na przystanku, czekamy na nasz autobus (swoją drogą – one jeżdżą co chwilę, co więcej, mamy przystanek pod samymi drzwiami akademika, co więcej :D – przy każdym większym przystanku jest elektroniczna tablica, na której wyświetlane są informacje dot. poszczególnych busów :D (za ile przyjedzie, jaką ma trasę, etc.). zatem czekamy na ten autobus, nagle podjeżdża jeden, a zaraz za nim drugi, o dokładnie tym samym numerze, na tą samą trasą. Pytanie – DLACZEGO? Otóż dlatego, że pierwszy był już zapchany – patrz – miejsca siedzące były zajęte, zatem podstawiono drugi autobus, w którym jechały 4 (słownie: CZTERY, ang: four, niem: fier) osoby!!!! Nieprawdopodobne, nie?
Po drugie PRIMO – biegniemy do autobusu – co robi kierowca? CZEKA!! Czeka na nas!! On CZEKA!! Nie odjeżdża sprzed nosa! Onienienie!
Po trzecie PRIMO – autobusy są czyste, nie spóźniają się ani minuty (choć to w zasadzie nie jest najlepsze, gdyż:
M: o której mamy autobus?
Ja: o 13.37
M: a która jest?
Ja: 13.37
Nie muszę chyba dodawać, ze podczas rozmowy spokojnie zamykaliśmy dopiero pokoje :D zatem przeważnie kończy się na sprincie przez korytarz :D jeszcze nigdy się nie spóźniliśmy :D

tak, widać mój przystanek, a ten obrośnięty budynek, przy którym stoi zylion rwerw to właśnie mój akademik. Blisko, nie :D?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz